środa, 19 września 2012

Revolution S01E01

Do obejrzenia pilotażowego odcinka "Revolution" zachęciło mnie nazwisko J. J. Abramsa. Nie czytałam żadnych zapowiedzi, nie oglądałam materiałów promocyjnych, więc nie wiedziałam czego się spodziewać. Z pozoru wszystko wygląda ładnie, wręcz uroczo. Mamy apokalipsę, prąd wysiada na całej planecie i ludzie wracają do życia, jakie wiedziono ni to dziewiętnastowiecznych wioskach ni to na dzikim zachodzie , a wokół  ciągną się wyrośnięte na ruinach lasy.

Roślinność przedstawiona na obrazku zdążyła opanować miasta w ciągu 15 lat.

Niestety poza przesłodzonymi plenerami serial nie oferuje zbyt wiele ani nawet nie zapowiada tego co mogą przynieść kolejne odcinki.  Grupka bohaterów, którzy prawdopodobnie będą pierwszoplanowi składa się z trójki nastolatków,  macochy i wujka dwójki z nich oraz śmiesznego grubego postgeeka. Tu rodzi się ważne pytanie: kim mają być widzowie tej produkcji? Twórcy chyba by chcieli wszystkich: całe rodziny oraz stęsknioną za dobrymi sci-fi nerdownię. W efekcie pewnie nie będzie oglądał nikt.  Koncepcja takiego uniwersalnego serialu nie jest zła ale to tego trzeba dwóch rzeczy: wzbudzających sympatię postaci i wciągającej fabuły. Niestety wygląda to tak jakby ktoś zgubił scenariusz kilku epizodów i upakował z pamięci w jednym odcinku. Wychodzi koszmarek niczym streszczenie szkolnej lektury. Bohaterowie w jednym odcinku wyruszają w podróż by odnaleźć pewnego człowieka i w tym samym odcinku od razu go znajdują. Szkoda takiego potencjału. Przecież mogliby wędrować pół sezonu mając różne przygody i odkrywając tajemnice. O samych postaciach trudno cokolwiek napisać: to że nie wzbudzają sympatii, to mały problem. Nie wzbudzają żadnych emocji. Nie odczuwają żadnych emocji.

Ta młoda dama właśnie przeżyła śmierć ojca, porwanie brata i napad. 

Skasują czy nie skasują?
Początkowe odcinki nie przesądzają ani o jakości ani o przyszłości serialu. Czasem fabuła rozkręca się dopiero po jakimś czasie. Nie wiadomo jednak czy ta produkcja ten czas dostanie.  Podejrzewam, że nie jest to tanie przedsięwzięcie: to nie prawniczy procedural kręcony w biurowcu ani komedia do której wystarczy knajpa i makieta mieszkania z podrzędnej dzielnicy. Praca grafika, który czaruje zielenią kosztuje, a do tego trzeba jeszcze policzyć konie i ich obsługę, atrapy broni itp. Poza tym możliwości lokowania produktów są mocno ograniczone. Ludzie, którzy sami pasą owce raczej nie przejadą się najnowszym samochodem ani nie będą mieli w domu elektroniki ze świecącym jabłkiem. 
Co może uratować ten serial? Być może znajdą się wielbiciele oryginalnej, to trzeba przyznać, konwencji. Ma ona swój urok. Myślę też, że znajdzie się również grono nastolatek, które będzie tylko czekać aż strzelający z kuszy chłopcy ściągną koszulki. 

Czy będę oglądać?
Jeżeli jakimś cudem ogłoszą, że "Revolution" dostało cały sezon, wtedy skuszę się na drugi odcinek. Tylko wtedy. Na razie jest całe mnóstwo innych premier do zobaczenia, a najważniejsze: powroty sprawdzonych już produkcji.



wtorek, 18 września 2012

Bardzo powitalny wpis

Kto mnie zna, ten wie, że w swoim życiu poświęciłam dość sporo czasu na oglądanie seriali. Według strony http://www.myepisodes.com łącznie dwa miesiące i trzy dni. Niestety, nie można na niej uwzględnić wielokrotnego oglądania danych odcinków/sezonów oraz rodzimych produkcji więc pewnie można dołożyć kolejny tydzień. Czas spędzony na odcinku to jeszcze nie wszystko, dochodzą proma, trailery, sneak peeki, mini epizody i inne materiały napędzające fanowstwo oraz umilające czekanie na kolejne spotkanie z  ulubionymi bohaterami. Wrażeń jest dużo i miło się nimi podzielić. Tylko czasami nie ma z kim. Zakładając optymistyczną sytuację, gdy znajomy został namówiony  do obejrzenia, pojawia się kwestia obsuwy czasowej. Jeśli serial jest nowy - kilka odcinków można obejrzeć w sobotni poranek (sobotni ranek się zaczyna  gdy człowiek się obudzi - czyli gdzieś między siódmą a szesnastą). Gorzej jest gdy do przebrnięcia jest pięć długich sezonów w czterdziestominutowym formacie. Potrzeba matką wynalazku i  choć pisanie bloga trudno nazwać innowacją, pomysł jest zacny. Alternatywą jest krążenie wokół przyjaciół/znajomych i opowiadanie z przejęciem o czymś o czym często nie mają ( i nie chcą mieć) pojęcia. Wybieram bloga. A może przy okazji ktoś się przybłąka z jakiś dziwnych zakamarków internetu?

Na razie blog wygląda jak wygląda - wkrótce będzie wyglądał może nie lepiej, ale na pewno bardziej indywidualnie.